12.05.2005
Nasza seterka parę dni temu skończyła 7 miesięcy......
Jednak od dwóch tygodni nie patrzymy na nią z tak pełną i niczym nie przerywaną radością jak ze słodkiego szczenięcia przeobraża się powoli w dorosłego pełnego gracji setera. Choć ciągle pełna jest szczenięcych pomysłów i energii coraz częściej patrzy na nas swoimi mądrymi oczami jakby bardziej z uwagą i powagą. Może podświadomie zachowujemy się trochę inaczej, a wyczulone psie zmysły bez trudu wyłapują to co jest dla niej inne.
Patrzymy z uwagą na prawie każdy jej ruch, zdając sobie sprawę, że musimy polegać na własnej obserwacji...Ona nam nie powie...........

Wczoraj Vega miała problem jak użyć prawej, tylnej łapy do podrapania się po rudym uchu. Wyręczamy ją w tym..

Patrzę na kalendarz.......Pojutrze minie dwa tygodnie od pierwszego prześwietlenia i od diagnozy, która dotarła do nas w zasadzie chyba po kilku minutach. A powaga sytuacji chyba po jeszcze dłuższych chwilach.

Dysplazja - stan ciężki.

Następne dni to nasze przyspieszone przyswajanie wszelkiej informacji i wiedzy, której nam niestety wcześniej zabrakło.
Przyswajamy sobie smutną prawdę - Vega nie powinna przyjść na świat.......... (Patrzę w jej mądre kasztanowe oczy, obserwujące mnie z uwagą, czasem jakby z lekką ironią, czasem z "seterzą" wyższością, czasem zaczepnie. Przy czym wyraz jej pyszczka podąża za wyrazem oczu. ).

Genetykę nie bardzo daje się oszukać...

Mimo jej stanu jest żywa, chce się bawić, galopować po łąkach. To ostatnie idzie powoli w zapomnienie. Trzeba ograniczyć jej nadwyrężający ruch.

Jesteśmy zapisani na zabieg pectinectomii..

Cały czas czytamy, zbieramy nazwiska specjalistów ortopedów w całym kraju. Analizujemy gdzie pojechać. Pectinectomia może w pewnych przypadkach pomoc tylko na parę miesięcy. Nas interesują lata.....

Ze zdjeciami RTG wracamy w miejsce gdzie zapadła decyzja o zabiegu. Wyglądamy chyba na zdesperowanych, rzucamy wprost nazwę zabiegu potrójnej osteotomii miednicy, nazwiska specjalistów w innych miastach. Dostajemy tym razem fakty. Operacja bardzo ciężka, traumatyczna. Dostajemy telefony, nazwisko..300km to nie jest koniec świata. ("jeśli wam zależy jedźcie").

Następne dni wypełnione są telefonami. Decydujemy się na oddaloną o 150km Warszawę. A ja już się zastanawiam nad tym jak pies, którego stopniowo leczymy homeopatią z silnej choroby lokomocyjnej, pies którego sukcesem jest to, że przejeżdża już całe 10 km zniesie w samochodzie piętnaście razy dłuższy odcinek.

Najpierw do Warszawy trafiają zdjęcia RTG Vegi.
Diagnoza ta sama...
W końcu jedziemy z psem......Ponowny RTG, badanie....
Diagnoza .... ta sama. Na szczęście jest problem tylko z jednym stawem. Leczenie? - chirurgiczne...poprzez zabieg.......potrójnej osteotomii miednicy (w skrócie TPO - Triple Pelvic Osteotomy), polegający na przecięciu miednicy w trzech różnych miejscach i ponowne połączenie jej zmieniając kąt ustawienia panewki. Termin mamy umawiać za tydzień. Czas dla niej płynie szybko. Najlepszy psi wiek to niestety do 8 miesiąca. Nie można tego odłożyć licząc na cud...

W drodze powrotnej myśli o zabiegu i późniejszej, długiej rekonwalescencji nie dają nam spokoju. Vega śpi całą drogę na moich kolanach, mam wrażenie, że dodatkowo zmęczona naszym niepokojem o nią....

Uspokaja nas jedynie to, że chyba wybraliśmy konsultacje i leczenie u prawdziwych specjalistów.

W ciągu następnych dni szukam...szukam....szukam....wszelkich informacji na temat tego typu zabiegu. Na polskich stronach www nie ma tego aż tak wiele. Najbardziej interesują mnie nie suche informacje "medyczne", ale konkretne psy "z krwi i kości". Udaje mi się w końcu znaleźć osobę, której pies to przeszedł!. Rozmawiam dosyć długo przez telefon wypytując o wszelkie szczegóły. Pies ma się świetnie, mimo tego, iż miał gorzej niż będzie miała nasza Vega - zoperowane dwie strony miednicy. Warunek powodzenia - ograniczenie ruchu (!)

Wychodzi mi na to, że nasz pies będzie cierpiał podwójnie.

Musimy stworzyć jej rodzaj izolatki. Przyzwyczajona do uczestniczenia praktycznie we wszystkim w naszym życiu, przyzwyczajona do spędzania większości czasu na trawie w słońcu, a wcześniej bez końca buszująca w sypkim śniegu podmiejskiego, przydomowego ogródka - spędzi miesiąc w odgrodzonej części pokoju. Następny miesiąc to kontrolowane przez nas dawkowania jej ruchu.

Mam problem niejako moralny. Kto dał nam prawo do świadomego powodowania bólu tej żywej istocie?. Jej nikt o zdanie nie może zapytać. Przekonuje mnie tylko to, że być może za parę ładnych lat, być za jeszcze dłuższy czas, kiedy pyszczek już będzie siwy, nie będzie istniał problem stawów, których stan przy jej ruchliwej, myśliwskiej naturze mógłby szybko ulegać pogorszeniu.

Nie jestem w stanie przez całe lata psiego życia działać wbrew jej naturze. Nie jestem w stanie zabronić jej biegać. To tak jak ptak z zakazem nadmiernego latania.

Znajduje na anglojęzycznych stronach w internecie historie w pełni "zdrowych" psów. Zdrowych, bo ktoś, kiedyś zaryzykował ich pooperacyjny ból stawiając w stawce następne lata ich życia.
5 letnia Booda ma się nadal świetnie, "We never had any problems at all with the surgery or anything connected with his hip over the last 16 years other than old age arthritis the last year or so."- historia innego psa ..16 lat po zabiegu.
Strony nie wyglądają na strony reklamowe klinik weterynaryjnych.
O ryzyku, jakie występuje przecież przy każdej ciężkiej operacji nie chcę teraz chyba za bardzo myśleć.

Śniło mi się, że pies podczas biegania zwichnął swój chory staw..................


14.05.2005r
Badania.

Tą bardzo łagodną, chwilami wręcz "pluszową" Vegę, której niezbędne jest wtulanie się w nas gdy spada temperatura, która wspina się na moje kolana gdy piszę ten tekst, odwraca się do góry brzuszkiem aby ją głaskać...tą Vegę muszą trzymać trzy dorosłe osoby aby dała sobie pobrać krew do analizy. Trzy to jednak mało, bo pierwsza próba jest nieudana. Kładziemy ją na boku. Zachowuje się dziki młody źrebak. Nawet nie wiem kiedy 6 kilogramowa ruda kulka przeobraziła się w 20 kilogramów całkiem, całkiem silnego psa.
Pierwszy raz w życiu zostaje jej założony kaganiec. Trzymając jedną ręką jej bok czuję, że serce bije jej jak oszalałe...Biedna Vega.....Pobranie krwi chyba jest dla niej dość bolesne. A dla mnie chyba jeszcze bardziej bolesne są myśli jak ona zniesie ponad miesiąc izolacji w małym pomieszczeniu, brak spacerów, wygrzewania się na trawie w wiosennym, przedpołudniowym słońcu.

Odpowiednia rehabilitacja, polegająca głównie na drastycznym ograniczeniu ruchu to jednak podstawa sukcesu.

Wyniki morfologii wychodzą bardzo dobrze. Odczuwamy ulgę, bo różnie mogło być. Mamy nadzieję, że zdrowy, silny organizm pomoże jej szybko przezwyciężyć pooperacyjne osłabienie, a miednica zrośnie się szybko i ładnie. Tylko jak wytłumaczyć psu który, kiedy nie śpi praktycznie ciągle jest w ruchu, że miesiąc będzie w zasadzie tylko leżeć .....(?)

 

15.05.2005r
Vega szaleje w wysokich trawach....
Z impetem wpada w ponad półmetrowej wysokości zboże. Zamiast niej widzę tylko w szybkim tempie falujące wierzchołki roślin. Odsuwam się z obawy, że wypadnie za chwilę z tego na mnie w pełnym galopie. Jednak wyczucie kierunku ma doskonałe. Mimo nie do końca sprawnej łapy biega jak pantera. Wiem, że nie powinna...
Godzinę wcześniej przeszedł deszcz. Nasz rudy seter staje się prawie kasztanowy. Mokre trawy zmoczyły ją aż po czubek rudej głowy, co jeszcze bardziej ją "energetyzuje". Wzrok pełen pasji, wiatr wokół uszu. Wygląda jak z filmowej sceny o polowaniu.

"Seterza" radość i pełnia życia.....

Na chwilę nastąpi w tym przerwa.
Mam nadzieje, że jeszcze tego lata pobiegnie beztrosko przez pola na dodatek w towarzystwie pewnej młodej, czarnej podpalanej "szkotki" ("mam nadzieję"..a więc mimo wszystko wątpliwości są...).

 

17.05.2005r.
Vega umówiona na zabieg w sobotę na 8.00.
Stres daje chyba znać o sobie. Pojawiają nam się myśli typu "co jeśli.....". Chyba się do niej przywiązaliśmy bardziej niż myśleliśmy. Wybaczyłam jej nawet pożarcie mojego buta. Kiedy po przyjściu do domu wzięłam go do ręki aby obejrzeć straty jej wzrok zdawał się mówić „nic o tym nie wiem, mnie przy tym nie było”. Odwróciła przy tym pyszczek wielce obrażona, że ją o cokolwiek posądzam.
Słodka, "niewinna" ruda mordka....

 

21.05.2005r. - dzień operacji
Kilka minut przed 8.00 stawiamy się w klinice.....
Nasze zdenerwowanie jest chyba tak duże, że w zasadzie myślimy czysto automatycznie tylko o tym aby wszystko się dobrze udało. Bardzo uspokajająca jest postawa "naszych" chirurgów. Swoim podejściem do zabiegu, do nas i oczywiście do Vegi sprawiają, że mamy w zasadzie pewność, że oddajemy naszego psa w dobre ręce specjalistów.

Obejrzenie wyników morfologii, mierzenie temperatury, środek uspokajający dla Vegi (przydałby się też dla nas), wywiad o ewentualne uczulenia naszego psiaka i ...właściwie my będziemy dopiero potrzebni o 14.00, aby zabrać naszą wybudzoną już z narkozy seterkę do domu. Ze względu na panujący od rana upał decydujemy się jednak jechać w drogę powrotną późnym popołudniem. Mam i tak poważne obawy o 150 km z psem po poważnej operacji.

Aby nie siedzieć nerwowo pod kliniką parę godzin, oraz zdając sobie sprawę, że i tak tu nie pomożemy jedziemy gdzieś do miasta.

Pijemy kawę, coś tam jemy, kupujemy lekki pled do ewentualnego, późniejszego okrycia Vegi (mamy ze sobą tylko koc a to może być później mało praktyczne).
Jest w nas jakby trochę ulgi. To wszystko jest lepsze niż nerwowe czekanie, odliczanie dni do zabiegu, zastanawianie się jak to będzie. Cały czas staramy się myśleć pozytywnie.
Godziny i minuty lecą teraz szybciej niż myślałam...

Mimo soboty pa ulicach Warszawy przesuwa się sznur samochodów. Jadąc okrężną drogą przedzieramy się z Bemowa w kierunku Janek, po chwili znów stoimy w korku. Gdzieś po lewej stronie jest lotnisko. Co kilka minut oglądam podwozia nisko lecących samolotów, wspinających się w górę po bezchmurnym niebie, po chwili znikających gdzieś na horyzoncie. Palące słońce nie ma dla nas dziś litości....

Dzwonek komórki. Wyciągam telefon nieco zniecierpliwiona faktem, że ktoś może coś dziś ode mnie chcieć, stawiając na marudnego klienta........ Wyświetla mi się jednak.....numer kliniki. Chwilę trzymam telefon w ręku....w ułamku sekundy przelatują mi przez głowę różne myśli.

Odbieram.....

Już po zabiegu......

Wszystko udało się ...aż za dobrze... Psica będzie się teraz wybudzała z narkozy. Jest godzina 11.00, wszystko odbyło się więc ściśle według zaplanowanego czasu. Pani doktor dodaje, że to w zasadzie już zupełnie zdrowy pies... Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że teraz wszystko już w naszych rękach i kwestii długiej, ponad miesięcznej rekonwalescencji.

Czuje, że uchodzi ze mnie 3 tygodniowy stres....

Myślę teraz tylko o tym jak ona zniesie drogę, w jakim tak naprawdę będzie stanie. Odradzono nam pokazanie się psiakowi po operacji "na chwilę". To bardziej stresujące dla niej. Nie mogę się doczekać zobaczenia rudego pyszczka jednocześnie bojąc się zobaczenia jej reakcji na to wszystko, boję się jej bólu....

Niecierpliwie czekamy aż zelżeje upał. Zjawiamy się w klinice przed 18.00..Po paru minutach jesteśmy w gabinecie. Psica leży na boczku, całkowicie wbudzona i świadoma. Macha ogonem, jednak po chwili odwraca pyszczek przypominając sobie pewnie, że należy się obrazić. Oddycham z ulgą widząc, że w zasadzie jest lepiej niż myślałam. Szew od strony grzbietu ma ok. 10 cm (psy, których zdjęcia oglądałam na zachodnich stronach miały 2 razy dłuższe), krótsze szycie przy ogonku, od strony pachwiny nie widzę w tej pozycji. Mój pies, który z najwyższą paniką przeżył pobranie krwi jest nad podziw pogodnie i cierpliwie znosi swój stan. Wiadmo, że działa jeszcze znieczulenie podane podczas operacji.

Dostajemy dla niej czopki przeciwbólowej, antybiotyki w zastrzyku. Vega dostaje jeszcze środek na uspokojenie na drogę i...bardzo przejęci sytuacją zabieramy ją do samochodu. Wracamy do domu, najgorsze mamy już za sobą.......

Większość drogi Vega spokojnie przesypia. Na miejscu układamy ją w specjalnie dla niej przygotowanym kojcu. Częsc pokoju została oddzielona płotkiem tworząc wnękę wielkości 1m x 2 m. Jednocześnie to najchłodniejsza część domu, co może się przydać podczas upalnie zapowiadających się dni. Vega jest nad wyraz spokojna, troszkę popiskuje przy przenoszeniu jej na posłanie. Jednak sama sobą pomaga nam przemieszczając się w zasadzie sama tam gdzie będzie jej najlepiej.

Psychicznie przygotowani byliśmy na dużo gorszy jej stan. Na razie nie płacze z bólu, choć widać, że jest nieco słaba. Ma duże opory przed wstawaniem, całą sobą jakby szukała w nas pomocy i oparcia. Wypija podana jej pod pyszczek miseczkę wody, którą tego wieczoru podaje jeszcze kilkakrotnie.

Ponieważ wypity płyn musi mieć gdzieś ujście, a psicy potrzeba jest silniejsza niż jej obolały stan wyraźnie manifestuje chęć wyjścia. Stajemy przed jedna z najtrudniejszych sytuacji dla nas na ten pierwszy dzień...Wyprowadzamy ją na zewnątrz. Nie ma zakazu chodzenia. Za "potrzebą" jak najbardziej należy.

Nieco gorączkowo zapinamy jej smycz, asekuracyjny ręcznik pod brzuch....Vega staje dosyć chwiejnie na tylnych łapkach, ale jednak sobie radzi.
Pierwsze najtrudniejsze wyjście mamy za sobą.....
Zdaje sobie sprawę na ile mamy łatwiej, że wyprowadzamy ją do własnego ogródka jak i to, że nie ma przeszkód w postaci schodów.

Pierwszy przeciwbólowy czopek podajemy koło 4.00 nad ranem. Zachowanie Vegi wyraźnie daje znać o pooperacyjnym bólu. Budzi nas popiskując i niespokojnie przemieszczając się po swoim posłaniu. Czopek działa szybko i po około 10 minutach Vega ponownie zasypia....

 

22.05.2005r.
Vega ma się lepiej niż zakładałam.

Spojrzenie ma dziś inne niż wczoraj. Żywo patrzy swoimi brązowymi oczami jakby pytając nas o wszystko.
Rano wychodzimy na zewnątrz. Chwieje się nadal, ale jakby mniej. Przechodzi parę metrów, przysiada aby odpocząć. Wącha trawę, starając się utwierdzić w przekonaniu, że to wciąż to samo jej podwórko. Interesuje się przelatującymi po niebie ptakami. Spacer trwa parę minut. Widać, że z ulgą wraca na swoje posłanie. Dziś upał jeszcze większy niż wczoraj. W miarę możliwości staram się zasłaniać przed ostrym słońcem jej wygolony boczek. Miejsce wokół szycia stało się nieco spuchnięte, ale na to byłam przygotowana. Sam szew wygląda raczej dobrze.

Popołudniu pomiar temperatury. 38.5..wszystko w normie. Pojawia się natomiast gorszy problem. Nikt z żadnej kliniki czynnej 24h i z wizytami domowymi..nikt nie chce przyjechać w niedzielne gorące popołudnie aby obejrzeć psa po operacji..... Antybiotyk w zastrzyku przywieziony z Warszawy oczywiście możemy podać sami, ale chce mieć pewność, iż wszystko przebiega dobrze. Wolę aby obejrzał ja ktoś bardziej kompetentny niż ja. Niestety, niedziela okazuje się przeszkodą nie do przejścia... Odmawiam wiezienia psa do kliniki w taki upał, co mi proponują w jednej z klinik. Z przerażeniem myślę co by było gdyby stan psa po operacji się pogorszył. W końcu na zasadzie przekazywania mi telefonów do różnych wetów udaje mi się znaleźć osobę, która jest na miejscu w Łodzi i wyraża chęć przyjazdu do mojego psa. Vega jakby zapomina o swoim stanie. Muszę ją przytrzymywać gdy wyrywa mi się z posłania na powitanie pani weterynarz. Ponowny pomiar temperatury, zastrzyk z antybiotyku, ogólna rozmowa. Wszystko zdaje się być dobrze. Pytam o lekkie dygotanie jej boczku. Jest to tez podobno w normie. Tak skurczami mogą reagować pozszywane mięśnie.

Vega ożywia się chłodniejszym wieczorem. Zjada miskę lekkiego jogurtu z wymieszanymi płatkami (zmiana diety na lżejszą wydaje się mi być odpowiednia), warczy na muchę siedzącą na ścianie. Wyraźnie daje oznaki znudzenia siedzeniem w kojcu. Na ścianie pojawia się „gustowny” zaczątek dziury wygryzanej ostrymi ząbkami... Piszczeniem prosi o zajęcie się nią. Położenie się koło niej wyraźnie ja uspokaja.
Około 1.00 dostaje ostatni dziś czopek przeciwbólowy i pora spać.


25.05.2005r.
Ostatnie dwa dni były bardzo ciężkie. Dla nas i dla Vegi....

Wyraźnie osłabiona i obolała - praktycznie przestała chodzić. Martwi mnie to, że nie woła "za potrzebą". Po kilku godzinach leżenia w tej samej pozycji decyduję się ją ułożyć inaczej. Widać wyraźnie, że jakikolwiek ruch to dla niej ogromny dyskomfort. Wyjście na dwór to prawdziwa "droga przez mękę". Nie pomaga mi. Jest słaba, przysiada bądź kładzie się co parę metrów. Temblak z ręcznika nie jest w stanie utrzymać jej, co chwila opada na ziemię. Namówienie jej na wstanie to prawdziwa sztuka. Widać, że długo zbiera siły i odwagę na to aby wstać i wrócić do domu na posłanie a tam ciuchutko popiskuje.

Cieszy mnie jedynie, że nie odmawia jedzenia, mimo iż karmienie odbywa się na leżąco. Cały czas są kłopoty z trawieniem mimo lżejszych i bardziej płynnych niż zazwyczaj posiłków. Podajemy laktulozę. Dodatkowo dokarmiam psicę kilkoma kulkami winogron.
Vega jest dziś na tyle obolała i zrezygnowana, a jednocześnie przestraszona swoim stanem, że nawet najkrótsze nasze oddalenie się z pokoju powoduje protest. Skomli o naszą obecność....

Zauważam na pyszczku kilka siwych krótkich włosków sierści. Nie wiem czy od słońca czy.........

Powtarzam sobie, że wkrótce MUSI być lepiej. Vega po prostu cierpi.

Po telefonicznych konsultacjach z kliniką w Warszawie uspokajamy się nieco. Taki stan to nic nadzwyczajnego. Pierwsze 2 dni są na ogół lepsze niż dwa kolejne...

Po poludniu przyjeżdża "nasza" pani weterynarz. Vega z trudnością wstaje aby się przywitać. Ogólne oględziny jej stanu wypadają dobrze. Rozwiązała się jedna nitka szwu, co na nic nie wpływa gdyż skóra w tym akurat miejscu pięknie zaczęła się goić. Szwy wyglądają dobrze i to mimo upału, którego się najbardziej bałam.

Zmieniliśmy środki przeciwbólowe. Rimadyl w postaci smakołyku dla psów wyraźnie jej podpasował. Niestety tylko mały kawałek. Powtórna ćwiartka tabletki za 12 godzin. Staramy się ściśle trzymać zaleceń i nie zwiększać dawki.

Wieczorem jakby lekka poprawa. Psica domaga się naszej uwagi...
Jednak nie zadowala jej to, denerwuje niemożność swobodnego chodzenia, leży nie mogąc zasnąć. Uspokaja się nieco dopiero po nakryciu kocem ażurowej ścianki kojca. Ma swój azyl, nasza obecność już tak nie rozprasza w zasypianiu.....

Biedna Vega budzi się jednak podobnie jak przez ostatnie dni wczesnym świtem. Daje ćwiartkę przeciwbólowego smakołyku. Szybko działający środek uspokaja ją po około 15 minutach. Tak dosypiamy jeszcze parę godzin....

26.05.2005r.
Wydaje się, że przełomowe, najtrudniejsze dni mamy już powoli za sobą....

O 9.00 rano Vega budzi się i ...siedząc przy drzwiczkach kojca głośno i zdecydowanie domaga się wyjścia. Idzie dziś zdecydowanie pewniej niż przez ostatnie dni. Muszę ją powstrzymywać aby szła wolniej. Wszystko chyba idzie ku dobremu. Jej żywszy aczkolwiek zmęczony wzrok o tym mówi. Spacer za potrzebą trwa 10 minut. Wracamy do naszego "szpitala". Chwila zabawy i zostawiam ją samą aby odpoczęła. Po 5 minutach protestu jest już spokój.

Palące od rana słońce zapowiada kolejny upalny dzień....

Sprawdzenie po 2 godzinach co u naszej rekonwalescentki powoduje, że wyciągamy jednoznaczny wniosek....Vega ma się lepiej... Nieco gorzej ma się ochronny kołnierz, który praktycznie przestał pełnić swoja rolę. Brzeg razem z zapięciami został.......zjedzony. Vega patrzy na nas niewinnie. Machanie ogonem oznajmia nam, iż jest chyba zadowolona ze swojego występku, a ja zastanawiam się jak była w stanie dosięgnąć do zapięć przy szyi. Odkrywam to po chwili. Po odpięciu obroży kołnierz zdejmowany jest do jedzenia przez głowę. Skoro ja tak zdejmuje to inteligentna bestia wykombinowała sobie, że ona też da radę. No i dała...prawie. Kołnierz z powodu braku zapięć zostaje w gustowny sposób poklejony szarą, grubą, taśmą klejącą.

Vega zdaje się być dziś spokojniejsza i bardziej pogodzona ze swoim losem przymusowego więźnia kojcowego, chwile kiedy nie śpi "umila" sobie sprawdzaniem zębami na ile wytrzymały jest drewniany płotek odgradzający ją od reszty pokoju.

A ja liczę wolno upływające kolejne dni.....

 

29.05.2005r.
Za wszystko dostało się dziś lwu.....
Pluszowa maskotka leżąca do tej pory spokojnie obok posłania Vegi została nieco zdekompletowana głównie o kończyny. To dla mnie znak, że jest chyba lepiej.....
Dziś kolejny upalny dzień. Prognozy mówią o rekordzie ciepła. Z niepokojem patrzę na słupek rtęci. W pokoju chwilami nie ma czym oddychać. Mimo to pies od rana jest jakby żywszy. Dziś pierwszy dzień, kiedy nie podałam środka przeciwbólowego mimo, że mam przygotowany do zaaplikowania.

Vega piszczy....ale raczej nie z bólu, tylko z niemożności swobodnego pogryzienia sobie suszonego ucha, które leży obok niej nie ruszane od tygodnia. Zdejmuję kołnierz na chwilę, zadowolona podtrzymuje sobie łapkami gryzaka i zagłębia ząbki. Niestety wkrótce z ciężkim sercem muszę go założyć z powrotem. "Specjalistka-akrobatka" oprócz interesowania się uchem zaczęła także interesować się szwem w pachwinie.

Szycia nadal ładnie się goją. Widać kolejne fragmenty zrośniętej skóry. Chwilami z przerażeniem patrzę jak wstaje i...przeciąga się, tylne łapki daleko z tyłu, robi koci grzbiet. Nie mam szans aby zdążyć zareagować, podobnie jak nie miałam przy próbie podrapania się po głowie łapą którą przecież powinna oszczędzać. Próba częściowo udana, choć łapka natrafiła na kołnierz. Gdy wstaje, czy idzie obserwujemy jej każdy ruch. Nic nie wygląda jakoś specjalnie niepokojąco, ale jesteśmy przewrażliwieni, wychodząc z założenia, iż lepsze to niż jakiekolwiek zaniedbanie.

 

1.06.2005r.
Dziś zostały zdjęte szwy...
Wszystko zagojone lepiej niż myślałam. Za jakiś czas powinna zostać ledwo wyczuwalna pod sierścią pamiątka po zabiegu.
Kołnierz jednak zostawiamy psicy jeszcze na jeden dzień z racji tej, iż usilnie próbuje się używać ząbków do obadania co tam ma na grzbiecie, przy ogonie i na brzuchu. Kołnierz, którego okres świetności już dawno przeminął. Został już prawie przerobiony na kawałki przez psie zęby.

Vegę coraz bardziej denerwuje zamknięcie. Mam świadomość tego, iż za dużo się rusza. 11 dzień po operacji nie jest na tyle dobrym czasem aby na to pozwolić. Od jutra będziemy serwować zaleconą przez veta hydroxyzynę. Mam dziwne uczucie widząc, jak po zdjęciu na chwilę kołnierza, Vega uskutecznia istne akrobacje i...drapie się prawą (!) łapą po samym prawie karku. A jeszcze dwa tygodnie temu zawieszała łapkę gdzieś w połowie i po chwili rezygnowała z zamierzenia. Czyli pierwsze efekty już widać.

Na zewnątrz ciągle wychodzimy z asekuracyjnym temblakiem z ręcznika pod jej brzuchem. Są oczywiście jeszcze problemy, ale sama pewnie wie najlepiej ile jest w stanie przejść. 20 metrów i przystanek na odpoczynek. Czasem dłuższe poleżenie i nacieszenie oczu, a przede wszystkim silniejszego niż wzrok - zmysłu węchu dobiegającymi do psiego noska zapachami.

Liczymy dalsze tygodnie do końca rekonwalescenji, jak i liczymy czas kiedy pojawi się u nas kolejna przedstawicielka seterzej rasy- mała "szkotka". Czeka na nas a właściwie my na nią....

 

14.06.2005r.
Parę dni temu minęły 3 tygodnie od operacji. Vega chodzi już bez asekuracji temblaka. Coraz częściej w domu rezygnujemy z trzymania jej w kojcu. Zaczyna prowadzić życie normalnego psa i tak też się czuje. Nadal jednak obowiązuje ograniczenie ruchu, z którego coraz ciężej się psiakowi wywiązać i co jest teraz dla nas również najtrudniejsze. Niecierpliwość połączona z pewną drażliwością to oznaka niewybieganego setera.....


23.06.2005r.

Wczorajsza kontrola w klinice wypadła pomyślnie. Vega ładnie chodzi i w zasadzie już chyba nawet zapomniała po co była w tej samej klinice nieco ponad miesiąc temu. Zdjęcie RTG potwierdziło dobry rezultat operacji. Panewka idealnie nakrywa główkę kości. Zoperowana prawa strona jest w tej chwili w znacznie lepszym stanie niż druga, w której dysplazji na szczęście nie ma choć nie jest to staw idealny. Widać, że kość w miejscu przecięcia jest już ładnie zrośnięta.

Vega może powoli wracać do normalnego życia, jednak postanawiamy wprowadzać ją w to stopniowo. Wychodzi już na podwórko bez smyczy, jednak ciągle pod naszą kontrolą. Miesiąc ograniczenia ruchu dał jej się chyba we znaki. Próbuje szaleć, galopować, gwałtownie zawracać. Hamujemy te zapędy nie wybieganego setera.

Ostatni miesiąc przyniósł jeszcze jeden rezultat. Pies nam nieco dojrzał i słucha się dużo bardziej niż przed operacją...jednak zostawiona sama w pokoju choćby na niedługą chwilę usilnie rozpracowuje śpiwór od środka, którego zawartość znajduję ciągle w nowych miejscach....

 

 

 


8.07.2005r.
Malutka czarna Blue jest wyjątkowo dynamiczna i zadziorna. Przyjechała do nas 2 tygodnie temu. W podróży dzielnie (jak na nią) towarzyszyła nam Vega (pożarcie kanapy spowodowało, że nie zdecydowaliśmy się jej zostawić samej w domu).

Od operacji Vegi minęło 7 tygodni. Dorastajaca panna ma w tej chwili 9 miesięcy.
Na to, że jeszcze gdzieś trwa niewidoczna już dla nas rekonwalescencja mieliśmy dowód parę dni temu. W miejscu szycie w pachwinie, niewidocznym i doskonale zarośniętym stworzyło się coś na kształt małego krwiaka. Po dwóch dniach krwiaczek pękł i....wyszedł kawałek nitki. Jednak dzień później zmienione miejsce było już praktycznie zarośnięte.

Z każdym następnym dniem coraz mniej obawiamy się o Vegę. Łapa pracuje dobrze. Vega siada teraz z łapami równo ułożonymi. Kłusuje jak rasowy seter. Nie widać też już aby oszczędzała zoperowaną łapę. Tylko zdjęcia RTG leżące na półce są dowodem, na to iż przeszła poważną operację. I oczywiście sierść ..Musi jeszcze minąć trochę czasu aby odrosła do stanu wyjściowego.

 

 

 

mmilk@milka.net.pl